Zacznijmy od przygotowań. Niestety, już dzień wcześniej zapowiadała się dupowata pogoda. Nie mogliśmy wyjazdu przełożyć, bo mi niestety nie bardzo pasują inne dni niż piątki, a na wydech byliśmy już umówieni. Konieczne więc było podłączenie wycieraczek. Ze względu jednak na przemieszczony zbiorniczek spryskiwaczy, nie było opcji, żeby oryginalny wężyk starczył. Trzeba było więc dobrać coś innego, najlepiej w kilku wariantach żeby potem nie załatwiać drugi raz na ostatnią chwilę. Do tego jeszcze jakieś obejmy itp.
Przyszły też w międzyczasie brakujące spinki listew bocznych oraz do mocowania podszybia, więc to kolejne rzeczy które było trzeba złożyć. Ogólnie im mniej niezatkanych otworów w nadwoziu tym lepiej.
Przed wyjazdem trzeba było też upewnić się, że spryskiwacze będą działać - nie można było przecież używać wycieraczek na sucho. Niestety, zaworki zapobiegające cofaniu się płynu od podgrzewanych dysz okazały się przeciekać. Oba. Mając w planie zostawić dysze niepodłączone (żeby zmniejszyć ryzyko pożaru, co ponoć się zdarzało...), można było więc równie dobrze wywalić te zaworki. Tak też się stało.
Trzeba było jeszcze zdobyć kilka brakujących elementów, w tym jakieś ładniejsze ramiona wycieraczek, spineczki, trójniki, no i same wycieraczki.
Na ostatnią chwilę przykleiłem jeszcze kamerkę przednią i tylną, antenę od radia oraz przednią tablicę zamocowaną na magnesy - swoją drogą bardzo polecam te mocowania Revoke, super sprawa. Jednym ruchem ściągamy albo zakładamy blachę w zależności od potrzeb. Co prawda po przyklejeniu magnesów do tablicy powinna sobie ona poleżeć 24 godziny, ale nie było na to czasu, więc poleżała 24 minuty.
No i w końcu ta chwila. Moment wyjazdu na zewnątrz. Jeszcze szybka dolewka 10 litrów paliwa i Smoczyca miała okazję spotkać się ze swoim młodszym kolegą, Bzykiem. Przyjechałem nim w ten dzień, żeby móc wytłumaczyć jakie działanie i brzmienie wydechu chciałbym uzyskać.
Jakoś przed dziewiątą ruszyliśmy starając się nie zwracać zbytnio uwagi, co trochę średnio się udawało, bo najpierw jechał zglebiony bus szurający zderzakiem co kawałek, potem E34 bez jakichkolwiek tłumików, a na końcu Charger. Do przejechania mieliśmy 39 kilometrów i co prawda w sporym stresie, ale bez większych przeszkód wyprawa się udała. Ponieważ nie było wcześniej innej okazji sprawdzić jak auto jeździ, zamiast cieszyć się jazdą starałem się wszystko wyłapać. Tak naprawdę wyszło kilka bardzo niewielkich rzeczy. Po pierwsze, ABS nie działa. Będzie trzeba się tym zająć przed odbiorem, świeci się tylko lampka na zegarach. Oczywiście auto hamuje jak trzeba, ale ABS gdyby miał się włączyć do akcji, to by się nie włączył. Druga rzecz to prędkościomierz nie działał, wskazówka szalała i co chwilę opadała na zero. Myślałem, że coś z przewodami idącymi od dyfra, ale po chwili problem sam zniknął - najprawdopodobniej były to rozładowane kondensatory na płycie licznika. Dalej mamy tematy typowo dźwiękowe. Jeden niepokojący dźwięk to osłona termiczna drżąca czasami i obijająca się o krzyżak wału. Drugi dźwięk jeszcze nie wiadomo na 100%, ale prawdopodobnie zacisk nie puścił i klocek piszczał. Ponagrywałem kilka takich szybkich filmików żeby mieć to zarejestrowane, bo nie było ze mną w aucie nikogo więcej.
No i dojechaliśmy. Tak więc po 5 latach przejechałem niecałe 40 kilometrów i znów musiałem auto zostawić. Na szczęście tym razem ma to być około trzech tygodni.
Tłumik środkowy będzie największy jaki się zmieści, do tego (lub wewnątrz niego) H-Pipe, żeby podkreślić piękne bulgotanie LSa. Na tyle natomiast tłumiki z klapami, żeby móc jeździć bez stresu i bolącej głowy, a kiedy będzie na to ochota, otworzyć klapy i posłuchać V8.
Teraz zostaje poczekać. Przy okazji okazało się też niestety, że nie ma szans zostać przy oponach 285/ I tak i tak dotykają rantów, więc było trzeba jechać bardzo powoli a coś i tak się obtarło. Chcąc nie chcąc muszę zostać przy starym setupie, czyli 265/35 i odpowiednio, zachowując średnicę koła 225/40 na przodzie. Takie też już zamówiłem.




















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz